wtorek, 8 sierpnia 2017

NIK strażnikiem i ostoją


Raz na jakiś czas – w sumie można by nawet powiedzieć że regularnie – Najwyższa Izba Kontroli bada praworządność i efektywność realizacji działań, zmierzających do poprawy sytuacji Romów w Polsce, na które zostały przeznaczone środki budżetowe. W 2016 roku przeprowadzono badanie „Realizacji przez gminy z województwa małopolskiego zadań w ramach Programu integracji społeczności romskiej w Polsce na lata 2014–2020”.

https://www.nik.gov.pl/kontrole/I/16/005/LKR/

Badanie to nie dotyczyło tego, czy należy realizować program, lecz sposobu w jaki wybrane gminy realizują go – w relacji do założeń przyjętych w jego ramach.
Była to pierwsza analiza nowej perspektywy finansowej w tym obszarze, a poprzednia – opublikowana w 2015 roku – dotyczyła Program na rzecz społeczności romskiej w Polsce 2004-2013 „Działania administracji publicznej na rzecz ochrony praw mniejszości romskiej w Polsce”.

https://www.nik.gov.pl/kontrole/P/14/119/LKR/

Nowe badanie objęło Urzędy Gminy z: Nowego Targu, Krościenka nad Dunajcem, Limanowej, Ochotnicy Dolnej, Szaflarach, Łącku oraz Limanowej.
Nie sposób nie zauważyć, że są to gminy zamieszkałe przez Romów pochodzących z grupy Romów Karpackich (Bergitka Roma), którzy w większości znajdują się w gorszej sytuacji ekonomicznej i społecznej w porównaniu do innych grup polskich Romów. Jednocześnie to w stosunku do nich w ciągu ostatnich kilkunastu lat skierowano najwięcej działań mogących modyfikować ich sytuację w głównych obszarach interwencji (edukacja, praca, mieszkalnictwo, zdrowie), finansowanych zarówno ze źródeł budżetowych, jak i unijnych. Ponadto z tymi konkretnymi gminami wiążą się takie „hasła” jak „Maszkowice”, „Limanowa”, „zakup domów dla Romów w innej gminie”, które pojawiają się w ogólnopolskich mediach, wywołując żywą (i jednak dominująco negatywną) reakcję ich odbiorców.
Wraz z opublikowaniem zatwierdzonego w kwietniu 2017 roku podsumowującego raportu NIK, udostępniono także jednostkowe szczegółowe „Wystąpienia pokontrolne” dotyczącej każdej z gmin.

Podobnie jak w badaniach dotyczących akceptacji/niechęci Polaków do innych narodowości, w których Romowie od lat trafiają na koniec/początek tej listy, tak też w przypadku raportu NIK, istotne okazały się dwie główne i niezmienne kwestie, nie wyrażone wprost, ale wynikające z wielu pojedynczych elementów raportu, dotyczące wsparcia skierowanego do tej grupy. Pierwszą z nich jest to, że jakiekolwiek zmiany związane z Romami są zmianami powolnymi. W poprzednim raporcie stwierdzono:

Jednak dziesięć lat, w czasie których realizowano Program romski, okazało się zbyt krótkim okresem dla osiągnięcia wszystkich założonych celów.

Wynika to z tego, że mniejszość romska jest w praktyce i przede wszystkim mniejszością kulturową, także w przypadku Romów Karpackich, którzy (słusznie) są uznawania za grupę, która w najmniejszym stopniu dochowuje romskich tradycji. Tak rzeczywiście jest, jednak tylko w relacji do innych romskich grup, natomiast w dalszym ciągu są oni o wiele bardziej osadzeniu we własnych tradycyjnych zasadach kulturowych, niż ma to miejsce w przypadku społeczeństwa większościowego. Taki wniosek nie ma służyć usprawiedliwianiu jakichkolwiek zachowań Romów sprzecznych z zasadami życia społecznego w Polsce, a jedynie wskazać, że część oczekiwanych przez społeczeństwo dominujące zmian, wymaga modyfikacji pojedynczych składników rdzenia kulturowego, co o ile w ogóle możliwe – bywa czasochłonne.
Z drugiej strony jednak powolność zmian w przypadku znacznej części Romów z gmin objętych badaniem wiąże się niestety także z jednym z wniosków NIK:

Program integracji w swojej obecnej formie stanowi raczej kolejny element pomocy socjalnej i materialnej dla społeczności romskiej, utwierdzając członków tej społeczności w postawach roszczeniowych, zamiast skłaniać Romów do większej aktywności w poszczególnych dziedzinach życia społecznego

Zgodnie z raportem znaczna część Romów nie zamierza poddać się jakimkolwiek zmianom, choć chętnie uczestniczy w jednostkowych działaniach, związanych z przyjmowaniem pomocy materialnej. Jak podkreśla NIK, Program integracji nie realizuje w ten sposób swoich celów, a staje się jedynie kolejną formą pomocy socjalnej. Stąd sformułowanie krytycznego wniosku dotyczącego obecnej jego formy. Jednak należy brać pod uwagę to, że nie tylko nie dotyczy to wszystkich Romów w  Polsce, ani nawet wszystkich Romów z badanych gmin, ale także i wszystkich obszarów interwencji. W zakresie edukacji Program jest bardzo ważnym czynnikiem wpływającym na zmianę i poprawę poziomu edukacji romskich dzieci. Jedynym z istotnych czynników związanych z tym obszarem działań są aktywni asystenci edukacji romskiej.
Drugą kluczową kwestią – ściśle powiązaną zarówno z powolnością zmian, jak i z realizacją każdego działania skierowanego do Romów – są wysokie koszty. Co prawda na realizację Programu zarezerwowano znaczne środki, jednak nie zmienia to faktu – zawsze ocenianej negatywnie i to nawet przez Unię Europejską – niskiej efektywności finansowej działań podejmowanych w jego ramach.

Niewątpliwym praktycznym problemem realizacji Programu wskazanym przez NIK jest brak lub szczątkowe sformułowanie Lokalnych programów integracji Romów, które powinny być dobrze zaplanowaną i kompleksową, uwzględniającą specyfikę lokalną, strategią działań na poziomie każdej gminy. Jednak na poziomie gminy dominuje huraoptymizm i stwierdzenie, że jakoś to będzie, a stworzenie prostej, realnej, adekwatnej do lokalnych potrzeb strategii wymaga pracy i koncentracji na temacie, która wymaga pewnego wysiłku.
Kontrolujący zwrócili także uwagę na problem zakupu nieruchomości na terenie innej jednostki samorządu terytorialnego.

http://romowie.blogspot.com/2016/11/zintegrujmy-ich-z-kims-innym-jesienia.html

To zagadnienie nie tylko wzbudza to zastrzeżenia NIK, ale także sprawia, że gminy nie realizują w pełni założeń w obszarze mieszkalnictwo. Kwestia (choć w rzeczywistości nie jednoznaczna) ta powinna zostać jasno uregulowana, uwzględniając także sytuację innych gmin, które dotychczas nie stykały się z problemową mniejszością romską zamieszkującą ich teren.

Poszukując – w ramach tego że nic o Romach bez Romów – romskich odniesień do raportu NIK i całkiem przy okazji do rządowego programu ich integracji, od razu trafia się na informację jaka pojawiła się w czerwcu na stronie internetowej Stowarzyszenia Romów w Polsce.

http://stowarzyszenie.romowie.net/Oswiadczenie-w-sprawie-raportu-Najwyzszej-Izby-Kontroli-577.html

Jak zawsze w przypadku Prezesa Kwiatkowskiego musiał pojawić się między innymi wniosek, mówiący o tym, że jakiekolwiek programy wykraczające poza standardowe (społeczne i socjalne) sposoby pomocy innym Polakom, a skierowane specjalnie do Romów, powinny zostać zlikwidowane ze względu na dokonywaną w ten sposób ich stygmatyzację. O ile należy uznać, że taki mechanizm rzeczywiście występuje, to jednak likwidacja Programu integracji nie sprawi, że Romowie przestaną być w Polsce dyskryminowani, ponieważ wspomniana od-finansowa stygmatyzacja jest tylko jednym z wielu (i to wcale nie najistotniejszym) składnikiem ogólnej dyskryminacji tej grupy etnicznej w Polsce. Ponadto stanowi on bardzo ważny element podnoszenia poziomu (ilościowego i jakościowego) edukacji szkolnej Romów. Oświadczenie jednak (ponownie) jak zawsze, zawiera wiele różnorodnych i bardzo interesujących elementów oceny sytuacji i warto się z nim w całości zapoznać.

Być może Program integracji należy przeformułować i poszukać lepszych (bardziej efektywnych) konkretnych form jego realizacji. Jednak nie powstał on z niczego i opierał się na doświadczeniach w zakresie realizacji dwóch wcześniejszych programów rządowych. Przy jego ostatecznym konstruowaniu nie tylko brano pod uwagę doświadczenia specjalistów rządowych, ale także przeprowadzano (prawie na pewno?) konsultacje ze środowiskiem romskim. Może się zatem wydawać, że jest sformułowany adekwatnie do potrzeb i możliwości.

Jeśli tak nie jest – zmiany są konieczne, jednak nie sposób stwierdzić, kto i na jakich podstawach miałby formułować jego lepszą wersję.


piątek, 28 lipca 2017

Początki, początki…


Bo to było tak, że na początku Romowie wyszli z Indii. Mniej więcej i prawie na pewno wiadomo kiedy i dokładnie skąd. Jednak nawet uwzględniając jednoznaczne pod wieloma względami badania genetyczne, to trudno jest na ich podstawie odtworzyć szczegóły tej kulturotwórczej podróży.

http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/j.1529-8817.2005.00222.x/full

Pomimo tego zasadnicza trasa jest uznana, przyjęta i potwierdzona, choć wiele wątpliwości pozostaje. Znamy ogół, a konkrety pozostają w sferze domysłów, poszlak, szczątkowych danych i wciąż czekają na nowe fakty.

http://romafacts.uni-graz.at/index.php/history/pre-european-history-first-migration-from-central-india-to-byzantium/from-india-to-europe

Wiemy jednak na pewno którędy ówcześni Cyganie weszli do Europy – wprost z Bizancjum, wykorzystując do tego tereny obecnej Turcji, choć początki ich obecności na Bałkanach pozostają wciąż tajemnicą i nie wiemy ostatecznie, czy pojawili się tam w XI czy też XII wieku. Zasadniczo można by uznać, że jest to bez większego znaczenia dla współczesnej ich sytuacji (poza możliwością potencjalnych obchodów 1000-lecia Romów w Europie i możliwością formułowania stwierdzeń, że są „tutaj” od 800 lub prawie 1000 lat). Jednak ponieważ chodzi o budowanie gmachu wiedzy, a nauka nie cierpli dziur i braku, to pytanie pozostaje otwarte i wciąż czekamy na nowe odkrycia.

Wiemy także jaką drogą Cyganie po raz pierwszy dotarli do Polski. Generalnie od południa. Jednak szczegóły pozostają już – podobnie jak z drogą do Europy, pewną tajemnicą.
Niewątpliwie najważniejszym dziełem, z którego można zaczerpnąć wiedze na ten temat pozostaje dzieło prof. Lecha Mroza „Dzieje Cyganów – Romów w Rzeczypospolitej XV-XVIII”.


Tu nie ma właściwie miejsca na dyskusję. Istnieją konkretne dokumenty, w których pojawiają się konkretne osoby i to przypisane do konkretnych dat. Są one wynikiem przeogromnej pracy badacza analizującego zbiory archiwalne.
Jest zatem w Krakowie w 1401 roku (tę datę można przyjąć za datę pierwszej zanotowanej obecności Cyganów w Polsce) Micolay Czigan, który wnosi opłatę za dzierżawę ziemi. Od 1405 do 1426 roku w dokumentach lwowskich pojawiają się regularne zapisy mówiące o podatkach uiszczanych przez Piotra Cygana za tereny przy rynku (zatem drogie i eksponowane). Z 1418 roku pochodzą zapisy mówiące o pokojowcu króla Władysława II – także Cyganie. Kolejnych lat dotycząc inne dokumenty, potwierdzające obecność w okolicach Sanok chłopa – Cygana, a Mikołaj Cygan był przez wiele lat sanockim wojewodą. To tylko część zgormadzonej przez badacza dokumentacji.
Fakty te wskazują dość jednoznacznie na konkretny kierunek przyjścia owych „Cyganów” z kierunku węgierskiego, szlakiem najpierw z Siedmiogrodu do Budy, a następnie przez Nowy (i Stary) Sącz (dolinę Popradu) do Krakowa, a następnie między innymi do Lwowa (a także i na północ od Warszawy). Aby wdrożyć się w gospodarkę ówczesnej Polski, swoją wędrówkę musieliby rozpocząć jeszcze w XIV wieku, o czym pośrednio świadczą dokumenty mówiące o nich nie jako o nowoprzybyłych, ale jako rzetelnych partnerach w interesach, handlowcach, a nawet szlachcie. W kolejnych latach ta grupa/rodzina/fala migracyjna musiałaby się całkowicie roztopić w polskim społeczeństwie, dokonać pełnej asymilacji, a pozostałością po jej obecności jest występujące najczęściej na południu Polski nazwisko Cygan. Tym bardziej, że w późniejszych latach o Cyganach mówi się w Polsce raczej jako o Filistynach, ewentualnie dodatkowo przywołując pochodzącą z ówczesnych Węgier nazwę Cyganie.
Z takiej podstawy wynika, że pierwsi Romowie bardzo różnili się od kolejnych fal cygańskich migracji, które dotarły do Polski od strony Śląska, Niemiec, a także ponownie – od południa.
Generalnie brzmi to bardzo dobrze, mamy konkretną datę, dokumenty są dostępne w archiwach, nazwiska/nazwania w tamtym czasie wiązały się ściśle z pochodzeniem lub wykonywanym zawodem.
Co jednak jeśli nazwisko/nazwanie Cygan – wbrew średniowiecznej praktyce – jednak nie pochodzi od przynależności etnicznej? Co jeśli Angus Fraser miał rację, identyfikując na początku czwartego rozdziału polskiego wydania „Dziejów Cyganów”, zarówno nazwisko, jak i nazwy miejscowości pojawiające się w północno-zachodnim Siedmiogrodzie nie z Cyganami, tylko z zamieszkującymi te tereny od IX wieku szlacheckim rodem Zygan? Być może należałoby przeanalizować jego XVI-wieczną genealogię i być może znalazłby się tam jakiś „Mikołaj (albo i Piotr) co poszedł na północ”.
Pojawienie się w 1401 roku w Krakowie zorientowanego w rzeczywistości Królestwa Polskiego Mikołaja Cygana, którego było stać na wynajem terenu i płacenie podatków, a także na późniejsze uczestnictwo w życiu miejskim musiałoby się wiązać z jego przybyciem z Węgier pod koniec XIV wieku, czyli błyskawicznie po rozprzestrzenieniu się Cyganów poza północne Bałkany. Ponadto musiałby po drodze (być może w Siedmiogrodzie) mocno wdrożyć się w średniowieczną rzeczywistość ekonomiczną i społeczną, wykraczającą poza koczowniczą wędrówkę ku północy.

Zatem jeśli owi mieszkańcy południowych miast Polski noszący nazwisko Czigan, nie byli przodkami Romów, czy znaczy to, że dotarli oni do Polski później? Czy to znaczy, że pierwszą poważną falą migracyjną byli przodkowie Polskiej Romy, uciekający z Niemiec do Polski przed serią kumulujących się antycygańskich edyktów (od XV do końca XVI wieku)?
Nie. Przecież w jakiś sposób do Polski dotarli przodkowie Romów Karpackich. I w tym miejscu pojawiają się koncepcje z XIX wieku, powielone i omówione przez Jerzego Ficowskiego. W tym przypadku najlepiej sięgnąć do jego najbardziej surowej, jednak przez to także najcenniejszej pierwszej publikacji.


Być może Cyganie dotarli do Polski jeszcze w XIV wieku wraz z osadnikami wołoskimi, wędrując po zewnętrznym łuku Karpat, wzdłuż szlaku wołoskiego, który pokrywał się z ówczesnym ważnym szlakiem handlowym znad Morza Czarnego do Skandynawii, poczynając do Naddunajskiej Wołoszczyzny, przez Besarabię (w tym czasie zależną do Polski), między Prutem i Dniestrem. W takiej sytuacji granice ówczesnego Królestwa Polskiego pierwszy Cyganie przekraczaliby między Czerniowcami a Kołomyją, docierając w późniejszym czasie na południowe tereny obecnej Polski. Wciąż wraz z Wołochami.
Czemu jednak mieliby tłumnie wywędrować z Wołoszczyzny, a następnie z Mołdawii? Czemu akurat wtedy? Czemu tym szlakiem?


Przede wszystkim uciekając przed niewolnictwem, któremu byli poddawani na terenach Rumunii. Początkowo w Hospodarstwie Wołoskim, a następnie w Hospodarstwie Mołdawskim. Ponadto Turcy Osmańscy coraz głębiej wdzierali się na północ Bałkanów, a nomadyzm romski był jedną ze strategii przetrwania i wiązał się z ucieczką przed zawieruchą wojenną (tak jak to było z ich przybyciem do Bizancjum i wyjściem z niego w Europę). Szlak wołoski – jako szlak handlowy ku północy – był częściowo szlakiem znanym i przetartym. Ponadto Cyganie mogli po prostu towarzyszyć Wołochom w ich wędrówce. Być może już wówczas byli cennymi współpracownikami, znającymi się choćby na kowalstwie, czy leczeniu zwierzą. Z pewnością już wtedy zapewniali rozrywkę (muzyka i wróżbiarstwo). Ten szlak cygańskiej wędrówki znajduje częściowe i wciąż poszlakowe potwierdzenie w nazwach i rozmieszczeniu osad cygańskich oraz specyficznych wyrobów kowalskich właśnie na szlaku wołoskim.
Jeden z argumentów przeciwko tej teorii mówi o tym, że związki polskich Romów Karpackich z ich pobratymcami zza południowej strony Karpat jest bardzo silny. Jednak czy nie mogło dojść do częściowego zasiedlenia tych terenów zarówno od północy (tereny od przełęczy Łupkowskiej do szlaku doliny Popradu nie są zbyt uciążliwe w przekroczeniu łuku Karpat), jak i wtórnie od południa i wymieszania dwóch nieobcych sobie żywiołów cygańskich?
Do tego jeszcze dochodzi brak dokumentów (w przeciwieństwie do tych z Krakowa i Lwowa). Jednak tak samo brakuje dokumentów potwierdzających tworzenie się wydzielonych i charakterystycznych grup tego regionu – Bojków i Łemków. A Romowie – o ile rzeczywiście dotarli w XIV/XV wieku większą (lub mniejszą) falą migracyjną wraz z Wołochami – to właśnie na terenach zajętych przez te dwa mieszane ludy rusińskie mieliby początkowo zamieszkiwać, stając się z czasem Cyganami najdawniej osiadłymi w tej części Europy – Romami Górskimi (Bergitka Roma).

To oczywiście rozważania poszlakowe, pełne wątpliwości, mające szczątkowe oparcie w dokumentach. Jednak dowodów innego rodzaju nie będzie, choć być może jeszcze znajdzie się ich więcej.



wtorek, 18 lipca 2017

Całkiem bez miejsca


Romowie są dumni z NIEposiadania własnego państwa i pomimo kilku historycznych prób w XX wieku, a właściwie pomysłów na jego stworzenie, udało im się przed tą straszną perspektywą uciec. Jako naród (etniczny, a niepaństwowy i nieterytorialny), posiadają jednak wspólne symbole, własną etniczną flagę i hymn.
Takie niepaństwowe podejście Romów zostało wyrażone w najważniejszym (i zarazem chyba jednym o takim znaczeniu i formie) romskim dokumencie - Declaration of a Roma Nation z 2001 roku.

http://www.hartford-hwp.com/archives/60/132.html

Nieterytorialność tej grupy (narodu) wiąże się jednocześnie z silnym poczuciem przynależności do wspólnoty, a także z bardzo mocną identyfikacją ze swoim miejscem i państwem, w którym żyją. Dlatego też polscy Romowie z pełną odpowiedzialnością za te słowa mówią:
Jestem Romem. Jestem Polakiem.
lub  
Jestem Polakiem. Jestem Romem.

Romowie w znakomitej większości i wbrew temu co chciałyby stereotypy i mityczno-fantastyczno-folklorystyczno-romantyczne wizje, od dawna nie są już wspólnotą wędrującą, choć w dalszym ciągu mają wyższy poziom łatwości decyzji o wyruszeniu gdzieś daleko (za chlebem, dla bezpieczeństwa, lepszego życia lub po prostu aby odwiedzić rodzinę), niż większość z nas – nieromskich większościowych członków społeczeństwa. Oczywiście wielu spośród nas współuczestniczy w nowoczesnym nomadyzmie, jednak jest on inny niż romskie podejście do przestrzeni (i czasu).

http://hatalska.com/2017/02/02/wedrowcy-raport-o-wspolczesnych-nomadach

Zatem Romowie nie mają państwa, łatwiej podejmują decyzję o wyruszeniu gdzie daleko, jednak podobnie jak my wszyscy potrzebują swojego miejsca. Miejsca z którym mogą się identyfikować, w którym mogą żyć, pracować (tak, tak – o ile zdołają dostać pracę) i o którym będą myśleli że jest ich domem. Nawet jeśli będzie to jedynie i aż hajmat, a nie faterland.

Jak jednak wygląd sytuacja tych Romów (a w rzeczywistości nie tylko Romów, jak pokazała polityka Trumpa i do czego dąży „Europa”), którzy przez kilka lat mieli możliwość życia w innym państwie, niż to z którego przybyli (i zapewne w którym się urodzili), a następnie „się zawracają”. Łatwo jest bowiem powiedzieć „idź sobie do siebie”, odstawić kogoś do granicy i… I najlepiej nie myśleć co dalej.
Nie zawsze taki powrót musi być bolesny, jednak bardzo zależy to od stabilności politycznej państwa i od wielu innych warunków i okoliczności. Przykładowo Romowie wyjeżdżający z Polski po 2004 roku najczęściej mieliby do czego wracać, część rodziny (licznej) w dalszym ciągu mieszka tam gdzie mieszkała, znajomi pozostali, wiadomo jak szukać pracy i jak radzić sobie w polskiej rzeczywistości. Polska nie jest państwem biednym (pomimo dystansu pkb do innych państw europejskich) i jak dotąd nie przetaczają się przez nasz kraj fale zbrojnych wewnętrznych lub zewnętrznych konfliktów.

Romowie uciekali z Bałkanów Zachodnich (przede wszystkim z Serbii) do państw Europy Zachodniej i Skandynawii w latach 90. XX wieku (ze względu na wojnę) i w późniejszym czasie. Właściwie zróżnicowany co prawda, ale strumień uciekinierów nie wygasł. Zintensyfikował się nieco w 2009 roku, kiedy to zniesiono obowiązek wizowy. Jednak już wcześniej – w 2007 roku, Serbia podpisała umowę o readmisji. Skutkowało to ostatecznie w 2011 roku masowymi wymuszonymi powrotami Romów do Serbii.

http://www.kirs.gov.rs/articles/aboutread.php?lang=ENG

Państwo to było sukcesywnie okrawane z kolejnych jego części, nie jest przy tym bogate, i może się wydawać, że jego głównym źródłem dochodu narodowego jest autostrada do Grecji. Dzięki amerykańskim filmom fabularnym (nie udało się znaleźć wiarygodnych materiałów na filmy dokumentalne) pokazującym jak to źli Serbowie masowo mordowali biednych Albańczyków, także wizerunek na arenie międzynarodowej tego państwa nie wypada najlepiej. Wewnętrzna polityka Serbii także odbiega od standardów do jakich jesteśmy przyzwyczajeni żyjąc w państwie demokratycznym, będącym członkiem Unii Europejskiej, a ponadto po prostu nie posiadała i nie posiada zdolności ekonomiczno-finansowej do przyjęcia z powrotem tak licznej grupy Romów.
Po powrocie do Serbii znacznej części Romów odmawiano wydania dokumentów. W konsekwencji tego oraz wielu lat życia w państwach Europy Zachodniej powracający Romowie zetknęli się z problemami w zakresie opieki zdrowotnej, edukacji, mieszkania i rynku pracy. Nie dotykało to wyłącznie Romów, ale wszystkich powracających, jednak w ich przypadku dochodziło do skumulowania i wzmocnienia problemów, które i tak zarówno w Serbii, jak i w całej Europie są przypadłością tej grupy etnicznej. Sytuacja w wielu regionach Serbii stała się naprawdę trudna i właściwie nie było dla Romów miejsca. Przykładowo do Suboticy nieprzygotowanej na tak liczny powrót, przyjechało 12 tysięcy Romów.
W gorszej sytuacji są Romowie (z trzech różnych grup południowobałkańskich), którzy zostali zmuszeni do powrotu do Kosowa, które w 2009 roku podpisało analogiczne dokumenty o readmisji jak Serbia. W przypadków większości Romów, państwo to jeszcze nie istniało, gdy wyjeżdżali z terenów które dziś obejmuje. Bez związku z tworzonym przesłodzonym międzynarodowym wizerunkiem tego młodego państwa, nie jest to dobre miejsce dla mieszkania jeśli nie jest się etnicznym Albańczykiem. Aktywna dyskryminacja i akty przemocy z jakimi spotykają się w nim Romowie są codziennością, co w połączeniu z biedą i podobnymi problemami z jakimi powracający zetknęli się w Serbii sprawia, że sytuacja Romów w Albanii jest bardzo zła.

Wszystko to dotyczy wydarzeń sprzed kilku lat, jednak w dalszym ciągu obywatel Serbii i Kosowa – w tym wielu Romów (nawet do 80% - dane z 2015 roku), stara się o uzyskanie możliwości stałego pobytu i azylu w państwach Europy Zachodniej (głównie w Niemczech). Nie można im go udzielić i są oni odsyłani do państw z których przybyli.
Serbia od 2009 roku przyjmuje kolejne plany reintegracji powracających, jednak nie są one na tyle skuteczne, aby problemy dotykające powracających Romów zostały rozwiązane. Brakuje nie tylko środków finansowych, ale i opracowanych metod działania, czy realnie skutecznych działań wykraczających poza deklaracje składane na piśmie przez władze.

Nic zatem dziwnego, że działania mające poprawić sytuację powracających Romów podejmowały i w dalszym ciągu podejmują miedzy innymi serbskie organizacje pozarządowe, ONZ (UNDP), rząd niemiecki, rząd szwedzki. Międzynarodowych działań w tym zakresie jest więcej. Część z nich obejmuje nie tylko pomoc finansową, ale także badania i próby stworzenia strategii, mogących nie tylko poprawić losy powracających, ale i bardziej ogólnie – zmienić sytuację Romów w państwach bałkańskich. Nie można bowiem zapominać o tym, że sytuacja Romów powracających do Serbii, Kosowa i innych państw tego regionu, odzwierciedla problemy niemalże wszystkich tamtejszych Romów.
Temu właśnie ma służyć grupa trzech programów ogłoszona 29 marca 2017 roku przez Unię Europejską, Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP), Bak Światowy i Radę Europy, wspierających integrację Romów na Bałkanach Zachodnich i w Turcji.

www.eurasia.undp.org/content/rbec/en/home/presscenter/pressreleases/2017/03/29/in-brussels-support-for-roma-integration-gets-a-boost.html

Oby w  końcu skutecznie.


sobota, 8 lipca 2017

25 i Romowie


Niedawno, niedawno temu, i wcale nie w odległej galaktyce, ani też za siedmioma morzami i siedmioma górami, tylko w Krakowie, spotkało się troje naukowców – autorów trzech ważnych polskojęzycznych książek romologicznych i stworzyło wspólnie kolejną publikację.

https://www.wuj.pl/page,produkt,prodid,2065,strona,Wplyw_aktywnosci_finansowej_Unii_Europejskiej,katid,26.html  http://scholar.com.pl/sklep.php?md=products&id_p=2138  http://romowie.blogspot.com/2015/07/etniczna-mobilizacja-romow.html

Trójautorska publikacja wpisuje się jednocześnie w kilka nurtów badań romologicznych, spośród których pierwszy – zapisany w tytule, wiąże się z refleksją nad tym, co Romom dało „25 lat wolności”, czyli co nie-Romowie zrobili w tym czasie dla Romów i jak sami Romowie wykorzystali szansę demokratycznej zmiany w europejskich państwach byłego bloku socjalistycznego.

https://www.wuj.pl/page,produkt,prodid,2952,strona,Kierunek__przyszlosc,katid,50.html

Drugim istotnym kierunkiem – także podkreślonym w tytule – jest perspektywa przyszłości tej mniejszości, która coraz częściej zaczyna pojawiać się w europejskich refleksjach. Wciąż nieśmiało i w bardzo różnorodny sposób, jednak – ze względu na znaczącą dominantę w rzeczywistości europejskiej funkcjonowania Unii Europejskiej i jej rytmu finansowo-strategiczno-programowego – coraz wyraźniej. Wiąże się to oczywiście nie tylko z pytaniem o przyszłość po(i nowoczesnego) kształtu tożsamości romskiej, czy miejsca Romów w Europie i w jej społeczeństwach, poddawanych naciskowi nie(raso)kaukaskich migrantów. Ze względu na kontekst Unii Europejskiej istotne w tym zakresie są także takie zagadnienia jak będą wyglądały kwestie wspierania finansowego integracji Romów i tego jak Unia Europejska oceni własną strategię ramową, a także jej realizację przez państwa członkowskie, co będzie miało wpływ na decyzję o jej ewentualnym kontynuowaniu i ostatecznym kształcie. Ściśle określona perspektywa w tym obszarze sięga bowiem tylko do 2020 roku.

Publikacja jest efektem/wiąże się/została przygotowana w ramach projektu o takim samym tytule, realizowanego od 2014 roku w ramach komponentu „pamięci europejskiej” unijnego programu „Europa dla obywateli”, przez krakowską fundację Dialog Pheniben, która w zakresie swojej szerokiej działalności wydaje między innymi kwartalnik społeczno-kulturalny „Dialog-Pheniben”.

http://europadlaobywateli.pl/wp-content/uploads/2017/01/Mapa-Projekt%C3%B3w-EdO-2014-2016_Statystyki_www.pdf

Założenia projektu znalazły swoje źródło, w fragmencie exposé pierwszego premiera wolnej Polski – Tadeusza  Mazowieckiego, który powiedział, że Polska to także ojczyzna mniejszości narodowych. W ramach projektu zrealizowano wiele różnorodnych działań (w tym artystycznych i skierowanych między innymi do dzieci) oraz przygotowano filmy, w których wypowiadali się europejscy aktywni romscy liderzy. Znalazło to zresztą swoje odzwierciedlenie w książce.

http://dialogpheniben.pl/project/projekt-03/

Często różne nieszczęścia dotykają publikacji poprojektowych. Bywają złe, słabe, błędne, pisane na siłę, niemerytoryczne… Tak jednak NIE JEST w przypadku książki autorstwa Sławomir Kapralski, Małgorzata Kołaczek, Joanna Talewicz-Kwiatkowska.

Niewątpliwie jest to publikacja naukowa, która chyba w najmądrzejszy sposób zastosowała dziesiątą z „10 Common Basic Principles forRoma Inclusion” (przywołanych w książce jako 10 Wspólnych Zasad Podstawowych), mówiącą w uproszczeniu o współudziale Romów i odsyłającą do hasła „nic o nas bez nas”. Być może nawet po raz pierwszy w polskiej romologicznej rzeczywistości, ci spośród Romów zaangażowanych w powstanie tej publikacji, którzy są naukowcami przygotowali do niej wkład naukowy, a ci którzy są romskimi liderami wzbogacili ją nie poprzez sztucznie kreowane teksty mające być tekstami naukowymi (a nimi nie będącymi), ale poprzez bardzo dobrze przeprowadzone wywiady, stanowiące bardzo ważny merytoryczny składnik tej publikacji. Oczywiście wynika to w znacznym stopniu z kształtu projektu, który był realizowany dając podstawę do tego opracowania, jednak pozwoliło to uniknąć niewątpliwie nienaturalnego kategoryzowania tekstów (w tym przypadku formułowanych w wywiadach jako odpowiedzi na pytania) autorstwa znanych i aktywnych Romów. A trzeba przyznać, że grono to jest znakomite.

Nie chodzi tu o streszczanie całej publikacji, jednak trzeba zaznaczyć, że poza wywiadami z liderami, autorzy opracowali trzy rozdziały. Ostatni z nich jest silnie i interpretacyjno-wnioskowo związany z wypowiedziami liderów i w znacznym stopniu odnosi się do przyszłości Romów, pierwsze dwa przedstawiają perspektywę historyczną. Jeden stawia śmiałą, ale w pełni uzasadnioną tezę o wspomagającej sprawczości komunizmu i nazizmu w obszarze wzmocnienia powstania i rozwoju międzynarodowego ruchu Romów, drugi zaś koncentruje się na politologiczno-instytucjonalnym aspekcie mobilizacji Romów na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.

To jednak nie wszystko, gdyż można stwierdzić, że ta trójautorska publikacja autorów ma jednak ich więcej. I nie dotyczy to jedynie wywiadów z liderami. Przedmowę do publikacji przygotował prof. Lech Mróz, a wprowadzenie opracował dr Márton Rövid. Dzięki temu ta bardzo interesująca publikacja została wzbogacona o dwa świetne teksty naukowe – obydwa ściśle związane z romską mobilizacją (narodową, etniczną, tożsamościową, instytucjonalną).

W efekcie książka jest jednocześnie i swoiście nierówna i bardzo spójna merytorycznie. Jeśli – jak się może wydawać – odchodzi w tekstach od ścisłego zakresu tematycznego określonego w tytule, to jest to jedynie odejście pozorne. Jest monograficzną jednolitą całością, jednak aby to móc ocenić i odczuć, nie należy jej składników interpretować odrębnie, lecz odbierać je w całości, najlepiej czytając całość „na raz”. Warto.

Pełna (naukowa) wersja recenzji książki prof. Sławomira Kapralskiego, dr Małgorzaty Kołaczek oraz dr Joanny Talewicz-Kwiatkowskiej „Kierunek: przyszłość. 25 lat wolności a Romowie”, ukaże się w tegorocznym wydaniu rocznika „Studia Romologica”.

środa, 28 czerwca 2017

Nie mów do mnie gadzio


Na początek dwa pytania, które można by uznać za pytania badawcze, stanowiące podstawę do sformułowania hipotez:
- czy naukowcy amerykańscy zajmujący cię tematyką romską najlepiej rozumieją europejską sytuację?
- czy aktywność naukowa dotycząca Romów wymaga ich współuczestnictwa?
 
Badacze amerykańscy mają możliwość zewnętrznego spojrzenia na sytuację w Europie, co może umożliwić im lepszy ogląd całej sytuacji. Jednak w znacznym stopniu są oni zdeterminowani ogólno-amerykańskim spojrzeniem na Europę, a w zakresie badań wpisują się w nurty i paradygmat, który jest ukształtowany przez inne doświadczenia niż państwa europejskie. Doświadczenia bardzo odmienne, przede wszystkim za sprawą migracyjnego sposobu tworzenia narodu amerykańskiego, a w obszarze społecznym mocno zdeterminowane historią kontaktów europejskich migrantów z Tubylczymi ludami Ameryki (po dawnem – Indianami). Tworzą one inną podstawę badawczą, co w połączeniu z często występującą internalizacją przyjmującą, że Europa to takie Stany Zjednoczone, ale starsze i mniej sprawne w swej skostniałości, sprawia że amerykańskie kierunki badawcze podążają inną ścieżką, krytykując właściwie każde działania programowe i strategiczne podejmowane w Europie. W ich miejsce realizują często własne inicjatywy, współpracując przy tym przede wszystkim z Radą Europy oraz OSF. Wydaje się przy tym, że często oczekują często akceptowania i przyjmowania jako jedyny rozsądny ich badawczego stanowiska, np. upowszechniając koncepcje badawcze związane z koncepcją post-kolonialną, lub intensyfikując wartościujące podziały na świat „białych” i pozostałych. To ostatnie skutkowało między innymi dyskredytacją polskiego historycznego określania „Murzyn” (mającego swoje źródło w nazwie Maur) jako odwołującego się do niewolnictwa (w Polsce?) i przyjęciu jako poprawnego „Czarny”.
Druga kwestia współudziału Romów w aktywności naukowej na ich temat ma oczywiście silne podstawy. Wydaje się jednak, że wyrasta ona raczej z konieczności konsultowania sensowności niektórych praktycznych działań jakie można kierować do Romów. Ponadto może się wiązać ze swoistej zazdrością narodu (o mówienie o nich bez nich) wzmacniającego swoją tożsamość zgodnie z kategoriami nieromskiego świata. Inną przyczyną może być także obawa, że w historii narodu romskiego zbyt często decydowano o nich bez ich udziału, co w wielu państwach europejskich prowadziło do prób zniszczeniach ich tożsamości (Hiszpania), niewolnictwa (Rumunia) lub pogromów (Niemcy). Oczywiście przy okazji takiego podejścia współudziału Romów w badaniach, pojawia się wiele problemów. Naukowcy romscy nie są bardzo liczni, a ponadto często trudno im jest oderwać się od własnego (zawężonego przez wychowania w konkretnym środowisku romskim) punktu widzenia. W tym przypadku zewnętrzne (także obarczone wieloma ograniczeniami) spojrzenie może być nieco bardziej obiektywne, choć równie zdeterminowane przynależnością do większościowego środowiska nieromskiego. Obiektywizm badawczy jest bardzo trudny do osiągnięcia. Należy do niego zawsze dążyć, między innymi starając się odrzucić te kontekstowe elementy, które decydują o konkretnym kształcie dyskursu jaki można – w ramach wszystkich uwarunkowań historycznych, społecznych, sytuacyjnych – w ramach tych ograniczeń stworzyć. Nie jesteśmy bowiem w stanie wyjść nie tylko na poziom wszechopisującego metajęzyka, ale i wszechobiektywnego oderwania się od kontekstów.

Przyczyną poruszenie tych dwóch kwestii jest artykuł/wpis rumuńskiej romskiej romolożki Margareta Matache, zatrudnionej na Uniwersytecie Harvarda: „Dear Gadje (non-Romani) Scholars…”.
Tekst ten jest trzecim wpisem w ramach serii The „White Norm in Gypsy and Romani Studies”.

http://www.huffingtonpost.com/entry/dear-gadje-non-romani-scholars_us_5943f4c9e4b0d188d027fdb2

Zatem mamy tu autorytet amerykańskiego podejścia, wiodącego uniwersytetu, romskiego i to europejskiego pochodzenia, na dodatek z Rumunii. Trudno zatem przynależąc do najmniej dyskryminowanej w historii ludzkości grupy (biały heteroseksualny mężczyzna, blondyn, chrześcijanin) i reprezentując polską prowincjonalną (to nieprawda, ale z punktu widzenia Uniwersytetu Harvarda…) uczelnię, odnosić się krytycznie do takiej wypowiedzi.
Trudno, ale jednak możliwość istnieje

Przede wszystkim – w nawiązaniu do tego, że pierwszym tematem podjętym przez autorkę jest kwestia terminologii – nie do zaakceptowania jest określanie nie-Romów jako gadjo, gadje, gadzio. Wynika to z tego, że dla większości Romów jest to pojęcie negatywne i pogardliwe, w którym zakodowany jest brak szacunku do osoby, którą w ten sposób się określa. Natomiast w określeniu nie-Rom brak tak silnego i bezpośredniego odwołania do systemu wartości i wykluczenia, przy czym przede wszystkim wskazuje na nie bycie Romem. Różnica pozornie niewielka, jednak nie odbiegająca swoją mocą od rozróżnienia „Rom” i „Cygan”.

Autorka początkowo koncentruje się na kwestiach terminologicznych, wypominając autorom prac naukowych używanie określenia „Cygan” (Tsigan, Gypsy, T-world) w różnych – według piszących uzasadnionych – sytuacjach. Generalnie odrzuca ona większość tego typu tłumaczeń jako nieuzasadnionych (zresztą w przypadku wielu – jak najbardziej słusznie), a jednym z najsilniejszych argumentów jest to, że „Cygan” kojarzy się z 500-letnim niewolnictwem Romów. Rzeczywiście na terenie Rumunii, Transylwanii, Mołdawii i Wołoszczyzny (to chyba nieco wymieszane kategorie przestrzenne)  takie skojarzenie może być oczywiste. Jednak np. w Polsce, czy choćby we Francji, czy w Finlandii nie jest ono ani automatyczne ani aż tak naturalne. Rozważaniom dotyczącym błędnej interpretacji niektórych zjawisk przez badaczy, co skutkuje używaniem określeń innych niż „Romowie” , autorka poświęca wiele miejsca. W niektórych przypadkach porusza zagadnienia, które wydaj się marginalne i jednostkowe, starając się jednocześnie rozbudować je do wszechobecnych reguł. Wiąże także (słusznie) tematykę romskiej terminologii z kwestiami (re-)konstruowania tożsamości  oraz wyprowadza (ryzykownie z europejskiego punktu widzenia) porównania z kwestiami dotyczącymi Afro-Amerykanów.

W drugiej części wpisu Margareta Matache koncentruje się na metodologii i zawartości przekazu naukowego. Krytykuje pozbawione podstaw mówienie/pisanie o przestępczości romskiej, niewykształceniu Romów, czy nawet „słynnych pałacach cygańskich” bez odwoływania się do źródeł i jedynie w celu aby pokazać niski poziom cywilizacyjny Romów. W rzeczywistości autorka mówi o rzeczach oczywistych i odwołuje się do rzetelności badawczej i odpowiedzialności za słowo. Trudno przecież zaprzeczyć, że istnieją środowiska romskie, o wysokim poziomie przestępczości (jednak wynika to zawsze z konkretnej sytuacji konkretnej grupy i nie może być wiązane w ścisły i wyłączny sposób z ich przynależnością etniczną). Także jeśli chodzi o niższym poziom wykształcenia, to jest on uśredniając niższy niż większości społeczeństwa. Jednak nie wynika to także z niczego innego jak uwarunkowań kulturowych i sytuacji społecznej, a nie z samego bycia Romem. Także słynne romskie pałace są słynnymi romskimi pałacami i pokazują inność podejścia Romów do niektórych elementów życia (także estetyki), co jednak nie może być podstawą do jakiegokolwiek wartościowania. Są one także wyrazem odmiennej niż większościowa w państwach europejskich kultura, jednak nie powinny się wiązać z kategorią niecywilizowania. Wydaje się, że punt widzenia autorki jest mocno zdeterminowany jej rumuńskimi korzeniami i amerykańskim podejściem badawczym. Rumuńska problematyka powraca także przy krytyce dotyczącej metodologii badania liczby (związanej z autoidentyfikacją) Romów.

Ostatni „problem” to reprezentacja Romów wśród naukowców w badaniach i podczas konferencji, a także szerzej – kwestia równorzędnego publikowania (np. przy publikacjach wielojęzycznych) w języku romani oraz reprezentacji Romów w redakcjach naukowych periodyków romologicznych. Ta grupa zagadnień ma szczególnych charakter, argumenty autorki nie mają znaczącej mocy perswazyjnej i rozwiązanie tych kwestii zbyt mocno wiąże się z kwestiami ideologicznymi i pozanaukowymi, aby można je było w naturalny sposób rozstrzygnąć. Z pewnością mogą one stanowić podstawę do większej dyskusji, jednak nie wydaje się to zasadniczo sensowne.
Niestety prosty, choć nie do końca merytoryczny argument jaki może przyjść do głowy, wiąże się z pytaniem, czy w przypadku badań nad społecznością osób pozostających w skrajnym ubóstwie należałoby do tego grona włączyć skrajnie ubogich naukowców?
O ile w pewnych aspektach badań włączenia przedstawicieli badanej grupy do zespołów badawczych ma sens, to jednak w wielu sferach badań pozostaje on zbędny.

Wśród 10 konkluzji warto zwrócić uwagę na tę, która odnosi się do określeń innych niż „Romowie”. Autorka zachęca do niewzmacniania używania określeń typu „Cyganie” (lub innych rasowych) w przypadku wszystkich Romów lub w przypadku analiz dotyczących tych państw, w których odejście od tego określania ma znaczenie i wiele zmienia w dyskursie. Zatem pomimo bardzo rygorystycznego podejścia reprezentowanego w samym tekście, wniosek wydaje się być ze wszech miar uzasadniony, zrównoważony i akceptowalny.

W całości tekst jest z pewnością bardzo interesujący, przywołuje bogate odniesienia bibliograficzne i dotyka wielu ważnych kwestii, jednak wydaje się zbyt mocno opierać na indywidualnych (rumuńsko-amerykańskich) doświadczeniach autorki, pragnącej interpolować wyniki analiz i badań na całą naukową okołoromską rzeczywistość.


niedziela, 18 czerwca 2017

Grecka wściekłość


Romowie niewątpliwie dotarli do Europy przez Cieśninę Dardanele, a ich europejska obecność rozpoczęła się od terenów obecnej Grecji (wówczas Serbii i Bizancjum).
Sięgając do klasyka – Angusa Frasera, być może już w 1050 roku zanotowano aktywność przedstawicieli tego ludu (Adsincani, słynącego z zamawiania i czarów) w okolicach góry Athos. Od XII wieku dokumenty bizantyjskie i kościelne mówią już z pewnością o Cyganach, a do XIV wieku nie tylko zadomowili się już na dobre na Peloponezie i greckich wyspach, ale także przebywali już na niemalże całym Półwyspie Bałkańskim. Co ciekawe – język grecki miał największy wpływ spośród wszystkich języków europejskich na język romani. Tak ważne dla wewnętrznego systemu odpowiedzialności romskiej słowa jak marime (kluczowe słowo w tabunicznym systemie nieczystości) oraz kris (sąd cygański) pochodzą właśnie z języka greckiego. Ponadto, od wyjścia Romów z Grecji rozpoczęło się największe jego różnicowanie, prowadzące do powstania tak licznych dialektów tego języka występujących obecnie w Europie.

Według względnie aktualnych danych, w Grecji zamieszkuje obecnie od  50 do 265 tysięcy Cyganów, a oficjalnie przyznaje się, że stanowią oni około 2,47% greckiej populacji czyli (procentowo) 25 razy więcej niż w Polsce i 4 razy mniej niż na Słowacji. Dane te są oczywiście szacunkowe, gdyż poza tradycyjnymi problemami związanymi z policzalnością członków romskiej społeczności w każdym z państw, w Grecji przebywają grupy Romów z Albanii i byłych państw Jugosławii. W sumie w Grecji wyróżnia się 8 różnych grup Romów, począwszy od „rodzimych” osiadłych, poprzez tradycyjnie nomadycznych, aż po przybyszów z innych konkretnych państw. Zamieszkują oni przede wszystkim zachodnie i północne tereny Grecji, a także okolice Aten.

http://ec.europa.eu/social/BlobServlet?docId=8971&langId=en

Romowie otrzymali greckie obywatelstwo dopiero pod koniec lat 70., a pierwsze skoordynowane działania mające zmienić ich złą sytuację w zakresie mieszkania, zdrowia, edukacji, zatrudnienia i udziału w życiu społecznym uruchomiono dopiero w 2001 roku tworząc „Integrated National Action Plan for the social inclusion of Roma”.

http://ec.europa.eu/justice/discrimination/roma-integration/greece/national-strategy/national_en.htm

Pomimo aktualizacji strategii po przyjęciu unijnych ram dotyczących integracji Romów i włączenia się Grecji w realizację ogólnounijnej strategii, ich sytuacja w Grecji nie uległa zmianie. W dalszym ciągu żyją w bardzo różnych warunkach, część z nich ma pracę i radzą sobie nie wykraczając przeciwko prawu, jednak połowa z nich w dalszym ciągu zamieszkuje koczowiska/slumsy.

https://www.youtube.com/watch?v=_gjKK2HzrL8

https://www.youtube.com/watch?v=EP499lhT6rs https://www.youtube.com/watch?v=3YtE0L6pqKc

Obecnie ogólna sytuacja Romów w Grecji jest być może nawet gorsza niż była 20 lat temu. Dyskryminacja wydaje się intensywniejsza, a większość z nich żyje w gorszych warunkach. Przyczyny leżą w nieefektywności wewnętrznej polityki, w zwiększonej (od lat 90.) międzynarodowej mobilność Romów pochodzących z państw byłego bloku socjalistycznego (także do Grecji), w napływ bliskowschodnich i afrykańskich migrantów/uchodźców do Grecji (od 2015 roku), a także w bardzo niepewnej sytuacji społeczno-ekonomicznej związanej z zaledwie zaleczonym greckim kryzysem zapoczątkowanym w 2010 roku.
Sytuacja Romów nie pomogła sprawa Marii – córki bułgarskich rodziców znalezionej w romskiej rodzinie w Grecji. Z pewnością  utrwaliła ona i tak silne stereotypy dominujące w Grecji wobec Romów.

http://www.independent.co.uk/news/world/europe/old-attitudes-resurface-in-greece-inside-the-roma-camp-where-maria-the-blonde-angel-lived-8897530.html

Społeczeństwo greckie staje się bardziej nerwowe, a potrzeba znalezienia winnych lub przynajmniej tych, na których można odreagować w wymiarze ogólnospołecznym jest coraz bardziej intensywna. Mechanizm poszukiwania kozła ofiarnego nie jest niczym nowym, a powód do tego aby w niego „uderzyć” czasem bywa jedynie symboliczny lub całkiem błahy.

8 czerwca w jednej z dzielnic Aten, podczas uroczystości zakończenia roku szkolnego jedenastoletni chłopiec przewrócił się i uderzył głową po podłoże. Tego samego dnia zmarł w szpitalu. Następnego dnia lekarze stwierdzili, że do zgonu nie doszło od uderzenia, ale że chłopiec został zastrzelony.
Policja rozpoczęła śledztwo prowadzone w okolicy – zamieszkanej między innymi przez Romów. Zgodnie z informacjami świadków i greckich mieszkańców osiedla, często słychać było dźwięk strzałów z broni palnej i czasem zdarzających się tajemniczych postrzałach. Policja powiązała zastrzelenie jedenastolatka z postrzeleniem (także zbłąkanymi kulami) dwóch kobiet w sobotę 3 czerwca w tej samej okolicy.
W sobotę 10 czerwca policja zatrzymała 30 Romów, w tym posiadających narkotyki i nielegalną broń. Wśród nich był także Rom, który przyznał się, że w dniu, w którym zginął jedenastolatek, wystrzelił w powietrze niedaleko szkoły.

Początkowo mieszkańcy pokojowo domagali się od policji i władz, aby powstrzymać przestępczość w regionie, handel narkotykami, i nielegalne posiadanie broni. W proteście brało udział około 1500 osób.

Tego samego dnia zamaskowani sprawcy obrzucili domy zamieszkane przez Romów koktajlami Mołotowa.

http://www.keeptalkinggreece.com/2017/06/10/menidi-molotov-bombs-roma-stray-bullet-boy/

W kolejnych dniach doszło do zamieszek i starć z policją. Mieszkańcy wyszli z protestem na ulicę, domagając się eksmisji Romów z dzielnicy. Policja użyła gazu łzawiącego.

https://www.youtube.com/watch?v=H_6AiX48EEI


https://theshadesmag.wordpress.com/2017/06/13/roma-houses-on-fire-a-third-day-of-an-anti-roma-pogrom-in-athens/

Rząd grecki nie stara się lekceważyć sprawy, jednak stara się przesunąć winę na trudną sytuację Romów. Jednak w sytuacji do jakiej doszło nie wystarczy obarczyć winą za całą sytuację słabości realizacji greckiej polityki wobec Romów. Nie można także przesuwać odpowiedzialności na zmniejszenie (o 80% na lata 2016-2018) funduszy na wsparcie edukacji Romów. W sumie rząd sam to zrobił.
Dzielnica Menidi, w której doszło do nieszczęścia i zamieszek od lat jest miejscem problemowym, ze znacznym poziomem przestępczości. Winą władz i służb policyjnych jest nierozwiązanie tego problemu. Trudno się dziwić, że Grecy zareagowali w tak impulsywny sposób, chcąc samemu rozwiązać problem, z którym nie mogły sobie poradzić władze. Podczas pierwszej – spokojnej – manifestacji ich hasłami były: „Wystarczy” i „Jutro kto?”. Jeden z protestujących powiedział: „Nie jesteśmy rasistami, nie jesteśmy przeciwko Romom, ale jesteśmy przeciwni przestępczości i łamaniu prawa”.
Niesprawność działania władz w jakimś obszarze prowadzi albo do rozbudowania systemu organizacji pozarządowych działających w tym zakresie, albo – jeśli sprawa jest emocjonalna i jest skutkiem jakiegoś konkretnego zdarzenia – do prób ostatecznego i natychmiastowego rozwiązania problemu przez samonapędzający się tłum.  Zawsze cierpią przy tym niewinni.

Być może należy krytykować reakcję Greków. Na pewno należy bronić tych Romów, którzy nie byli winni, bo na odpowiedzialność zbiorową lub wielopokoleniową nie ma miejsca w Europie. Jednak co mają zrobić mieszkańcy dzielnicy Menidi, skoro władze nie potrafią zapewnić im bezpieczeństwa, ani zapewnić Romom możliwości edukacji i życia na poziomie wystarczającym do niewikłania się w przestępczość? Być może należałoby skierować protestujących do miejsc zamieszkania przedstawicieli rządu, aby tam protestowali i rzucali koktajlami Mołotowa. Byłoby to skuteczniejsze.

Grecja – kolebka demokracji i jedno ze źródeł europejskiej cywilizacji.
Ale to dawno było.


czwartek, 8 czerwca 2017

Antropologia i polityka

Czyli to co widzi politolog (tak, mam na to papiery) czytając książkę antropologa na temat praktyki integrowania Bergitka Roma w karpackich wioskach w Polsce, tytułującego to opracowanie „Polityka i antropologia”.

Zatem przede wszystkim, po raz pierwszy (i jednak ostatni) będę pisał w pierwszej osobie, tak jak napisana jest książka habilitacyjna prof. nadzw. dr(a) hab. Macieja Witkowskiego. Ten sposób ujęcia tematu naukowego jest powodem pewnego zdziwienia, jednak – biorąc pod uwagę osobistość doświadczenia antropologicznego przedstawionego w publikacji - jestem w stanie to zrozumieć. Teksty naukowe z zasady i zgodnie z ogólnie przyjęta stylistyką języka polskiego tworzy się w formie bezosobowej. Ma to służyć wskazaniu na dystans i dążenie do obiektywnego opisu rzeczywistości. Jednak ja pozostaję politologiem (a także literaturoznawcą, filmoznawcą, europeistą i jednak także romologiem) i nie roszczę sobie pretensji do tego aby rozumieć zamysł, metodologię i sposób badań i ich prezentacji w obszarze antropologii. Dlatego też w sumie dziwaczna forma tekstu naukowego pozostaje poza moją jakąkolwiek oceną ze względu na niewiedzę, do której zawsze boleśnie, jednak uczciwie się przyznaję (także przed studentami). Moja nieustająca – choć o sile oscylacyjnej – fascynacja tekstami antropologicznymi (a także etnologicznymi i etnograficznymi – nawet nie wiem czy można tak to sformułować) nie ma tu nic do rzeczy, bo się na tym nie znam i tylko lubię je czytać i myśleć sobie o czymś (kimś zbiorowo i indywidualnie) „innym”. Przy tym całkiem przypadkowo muszę przyznać, że każdy tekst mentorki prof. Witkowskiego – pani prof. Ewy Nowickiej-Rusek – zawsze traktowałem jak dzieła natchnione, interesujące dla laika, a przede wszystkim – oferujące obiektywną antropologiczną prawdę.

http://www.nomos.pl/products/151/p/684

Czy książka wnosi novum naukowe? TAK
Czy książkę dobrze się czyta? TAK
Czy książka jest ważna? TAK
Czy powinien ją przeczytać każdy zainteresowany Romami? TAK
Czy książka jest rzetelna naukowo? TAK
Czy książka…. TAK TAK TAK
Zadając każde pytanie jakie mogłoby się znaleźć w formularzu recenzyjnym (wydawniczym lub habilitacyjnym), trzeba po prostu odpowiedzieć pozytywnie.

Wręcz zachwycił mnie metodologiczny aspekt tej publikacji. Prof. Witkowski nie tyko dokładnie kreśli zakres swoich badań i od tego uzależnia precyzyjny, celowy i obiektywny dobór metodologii, ale także dyskutuje z uznanymi metodami (klasycznymi, pobocznymi, nowymi, starymi, różnymi) badań antropologicznych, opisuje je, wskazuje na ich wady, zalety, niemożliwość akceptacji w formie niezmienionej, nagina, uzupełnia, uzasadnia i wyjaśnia. Ukochana przeze mnie antropologia, znana z dzieł Ruth Benedict, Ewy Nowickie, Claude’a Lévi-Strauss’a, Bronisława Malinowskiego, Marcina Piotrowskiego nagle nabrała zupełnie innego wymiaru. Groźnego, wielowątkowo uschematyzowanego metodologicznie, pełnego pułapek, osobistych doświadczeń i wątpliwości.
A ja zawsze myślałem, że to tylko i wyłącznie chodzi o prawdziwe doznanie współuczestnictwa, porzucenie maski badacza, zapomnienie że się bada aby uczestniczyć w nurcie życia, a potem opisać własne doświadczenie, zbadać wstecznie siebie stojącego mentalnie nago przed i wobec rzeczywistości w której udało się zanurzyć. No nie. I nawet nie mogę zarzucić autorowi, że badając zapomina o zasadzie nieoznaczoności Heisenberga, że obserwując wpływa na obiekt badany, że Kot Schrödingera jest jednocześnie i żywy i martwy… Byłem naiwny.
Prof. Witkowski nie tylko opisuje wszystkie możliwe warianty antropologicznego podejścia, ale rozprawia się z każdą wątpliwością. W przedbiegach niszczy moje złośliwe pytania, wytrąca oręż z ręki i tworzy – dla mnie, laika antropologicznego podejścia badawczego – metodę lub raczej ich zbiór, który pozwala dochodzić do wniosków, które w moim zupełnie innym podejściu i dyskursywnym wnioskowaniu, są tożsame, a różnią się w akcentach, podkreśleniach, pogrubieniach i uznaniu tego co ważne. Ponieważ się na tym nie znam – takie doświadczenie jest miłe, choć nigdy nasz opis rzeczywistości nie będzie taki sam. Inne nauki, inne metodologie, inne wnioski. I ja bym nie umiał napisać naukowego tekstu w pierwszej osobie.
Na pewno jednak książka prof. Witkowskiego trafi za chwilę na moją półkę i będzie stała tuż obok dzieł prof. Nowickiej, a sięgnę do niej wiele razy, kiedy będzie mi potrzebne metodologiczne wsparcie z obszaru antropologii.
Poza tym – ja się na antropologii nie znam, jednak na tej płaszczyźnie – zachwyt mój jest i nie ustanie.

Są jednak rzeczy, o których mogę powiedzieć, że się chyba trochę na nich znam.
Prof. Witkowski precyzyjnie określa liczbę wizyt w osadach romskich (a także czas trwania wizyt) i omawia to, jak się one kształtowały. I to, co zrozumiałem z całej antropologicznej metodologii, to że bada Romów w konkretnej sytuacji (sytuacji „polityki” „integracyjnej”). Stąd ich takie a nie inne zachowania, stąd taki a nie inny kontekst sytuacyjny, stąd takie wnioski, stąd taka metodologia, stąd… To wszystko tłumaczy. Może i tak, ale ja tego nie rozumiem. Ja rozumiem inną rzeczywistość. Taką w której jedne z moich wujków pracował w jakimś tajemniczym UB, drugi wciąż jeździł do fajnego USA, a trzeci był mocno czarniawy i mawiał, że idzie na ściorę. Rozumiem sytuacje, w których regularnie z szacunkiem kłaniając się dorosłej Romni handlującej na ryneczku w mojej rodzinnej Łodzi, po pół roku mogę z nią swobodnie porozmawiać co tam u niej w rodzinie i jak sobie radzą wnuki w Londynie. Rozumiem, że na Taborze Pamięci Romów pijąc rano kawę doczekam się, że przysiądzie się do mnie Rom z Tarnowa i sam zacznie rozmowę o życiu. Rozumiem (przynajmniej częściowo) romskie doświadczenia największego polskiego obserwująco-uczestniczącego etnografa-etnologa-antropologa Adama Bartosza, który nie chce napisać książki o Romach Górskich, bo za dobrze ich zna.
No ale to nie badanie naukowe. To życie.

I znam się chyba choć trochę na nauce i chyba też na politologii.
Nie mogę zdzierżyć kiedy ktoś w jednym zdaniu pisze o tym, że coś tam coś tam w państwach Europy Wschodniej i jako przykład daje Czechy. Nie podoba mi się brak spójności (inny rok wydania) pomiędzy przypisami i bibliografią. Nie mogę zaakceptować błędów w imionach autorów publikacji. Nierzetelne jest pomijanie licznych (!) polskich (!) autorów i równie licznych ich tekstów (!) dotyczących polityki i Romów w publikacji, której pierwszym słowem jest „polityka”. Dla prof. Witkowskiego wszystko co nieantropologiczne ale politologiczne lub wynikające z praktyki europeistycznej jest albo „tzw.” (np. integracja) albo przywoływane w cudzysłowie (ponownie np. integracja).
Wizja opisu wizją opisu, czy też opisem wizji, ale jeśli używamy słowa na „P”, to wiedzmy o czym mówimy.
Prof. Witkowski szeroko powołuje się na politykę unijną i na jej skutki, a jedyne co robi aby ją wyjaśnić/uzasadnić to pojawienie się przywołania Lizbony jako miejsca gdzie coś został określone. Uzupełnieniem tego jest dość prosty opis otwartej metody koordynacji, która była jednym z wielu (ale na pewno nie decydującym) elementów kształtowania polityki UE wobec Romów. A gdzie E2020? Gdzie unijna strategia na rzecz Romów? Nie pojawia się nawet próba zrozumienia paradygmatycznego traktowania przez UE spójności społeczno-gospodarczej. Brakuje sięgania do tekstów źródłowych Unii Europejskiej.
Czytając książkę prof. Witkowskiego ma się wrażenie, że polityka (integracyjna, czy też „integracyjna”) jest i była zawsze całkowicie zdeterminowana przez politykę UE, jakby zapominając, czy też pomijając to, że polska polityka i polskie programy (skoordynowane na poziomie ministerialnym) na rzecz społeczności romskiej były realizowane przed powstaniem ogólnounijnej strategii, czyli były – od początku XXI wieku - niezależne całkowicie (prawie) od Unii Europejskiej.
Prof. Witkowski chyba nie wie, że w ramach subsydiarności, większość elementów, które krytykuje są efektem działań naszych urzędników, a nie planów Unii Europejskiej, która stworzyła RAMY do tego aby każde państwo członkowskie je po swojemu wypełniło.
Autor nie dokonuje literalnej projekcji na całą politykę Unii Europejskiej wobec Romów, jednak czytając książkę, nie można oprzeć się wrażeniu, że praktyczne doświadczenia badawcze wyniesione z ograniczonej liczby wiosek romskich polskich Romów Karpackich jednak opisują i charakteryzują sensowność polityki UE wobec Romów w ogóle i w każdym z państw członkowskich.
Pomimo wielu bardzo trafnych konstatacji merytorycznych choćby dotyczących romskich elit i sytuacji w wioskach karpackich, bolesna jest niezrozumiała dla mnie metoda zamiany oryginalnych nazw miejscowości na wymyślone, bolesne jest nazywania Romów Karpackich (Cyganów Górskich) Bergitka Roma i zupełnie marginalne traktowanie i takiż opis romanipen.

W sumie zostało mi jeszcze 90% notatek z lektury bardzo dobrej książki prof. Witkowskiego. Na pewno osiągnęła ona swój cel – chcę o niej dyskutować. Jednak chyba warto, aby każdy zainteresowany tematem sam ją dokładnie przeczytał – bo warto.
Teraz nawet przeczytam jej recenzje z ostatniego numeru „Studia Romologica” prof. Kapralskiego. Wcześniej nie chciałem się sugerować.

Podsumowując typowo naukowo, ale i osobiście: antropologicznie – WYPAS. Politologicznie – MASAKRA.
Słowo "polityka" w tytule tej książki szkodzi.

Łatwo się pisze w pierwszej osobie. A i odpowiedzialność inna. Pierwszoosobowa.