Sinti
Etniczni Cyganie, czy też politycznopoprawni Romowie dzielą się na wiele grup. Jedną z nich – wyróżniającą się w sposób łatwo dostrzegalny – są Sinti.
Nie wiemy, czy podział pomiędzy Cyganami dokonał się przed ich wejściem na obszar Europy, podczas kilkusetletniej wędrówki z Indii, czy też jest wynikiem rozejścia się po Europie i różnorodnych losów każdej z nich w połączeniu z separacją po utrwaleniu i uszczelnieniu granic u końca średniowiecza.
Językoznawcy – a należy pamiętać, że ze względu na amaterialny i aliteracki charakter kultury cygańskiej to oni maja najwięcej do powiedzenia na temat historii Cyganów – wskazują że etnogeneza Sinti nie odbiega od innych grup cygańskich. Z tego wynika, że pełen podział i zróżnicowanie (także językowe) dokonało się dopiero w Europie.
Potwierdzają to daty przyjścia Sinti do Niemiec, Włoch, Austrii, Beneluksu, i północnej Francji (gdzie w połączniu z innymi grupami cygańskimi wytworzyli grupę określana jako Manusze). Podobnie jak w przypadku Romów wędrujących w kierunku północnym od Bałkanów – dotarli na swoje docelowe tereny na początku XV wieku.
Jednak sami Sinti chcą być postrzegani odmiennie od pozostałych grup cygańskich, uznają się za pokrewnych Romom, ale wyraźnie starają się podkreślać swoją inność. Łącznie z – niepotwierdzonymi jakimikolwiek wiarygodnymi badaniami – teoriami mówiącymi o ich zarówno wcześniejszym wyjściu z Indii, jak i wcześniejszym przyjściu do Europy. Orędownikiem takiego podejścia był Vania de Gila - Jan Kochanowski, w którego teoriach pojawiała się nazwa Romané Chavé związana z budowaniem etosu romskiego.
Niewątpliwie Sinti różnią się w znacznym stopniu od wielu innych cygańskich grup – jak choćby od Romów. Jednak różnica ta wynika raczej ze specyficznej kultury i sytuacji panującej w państwach w których przebywali. Odcisnęło to swoje piętno w języku. Sintikanes (w odróżnieniu od Romanes, podobnie jak Sinto zamiast Rom i Sintisa w miejsce Romni) należy do grupy północno-zachodniej języków cygańskich i w swojej strukturze leksykalnej oraz gramatycznej wyraźnie zakorzenia się w języku niemieckim. Nie ma jednak w nim różnic identyfikowanych na poziomie pierwotnego sanskrytu, które pozwalałyby jednoznacznie potwierdzać teorie o różnym indyjskim pochodzeniu Sinti i pozostałych Cyganów.
Językoznawcom nie udało się ustalić ostatecznie pochodzenia nazwy własnej Sinti. Żadna z teorii (a jest ich wiele) nie wytrzymuje krytyki i naukowych kontrargumentów. Jedyne, co udało się ustalić – ze względu na specyfikę fleksyjną tej nazwy – to, że jest ona pochodzenia pozacygańskiego.
Prawda jest jednak, że Sinti są na ogół o wiele lepiej wykształceni niż inni Cyganie. Wielu z nich ukończyło studia. Pomimo prowadzonego przez długi czas wędrownego stylu życia, są o wiele lepiej przystosowani do życia we współczesnej Europie. O wiele łatwiej włączają się w narzucany przez państwo system pracy (np. tradycyjnie pracowali w cyrkach a nie jako niezależni kuglarze czy treserzy). Są przy tym bardzo mocno przywiązani do romanipen, choć wiele zasad jest inaczej zorganizowanych niż jest to w przypadku Polskiej Romy, czy też odrumuńskich grup Kalderaszy i Lowarów.
Wszystko to zdaje się mieć źródło w tym, że w Niemczech prześladowania Cyganów były najbardziej intensywne i miały one najbardziej drastycznych charakter. I to już od XVI wieku. Podobnie było z wymogami nowożytnego państwa w stosunku do nich. I nie dotyczy to wyłącznie ich kulminacji podczas II wojny światowej.
Karol Parno Gierliński powiedział Tradycja i nasz stosunek do niej to sprawa sumienia a nie stroju. Tak naprawdę zdanie to nie dotyczy wyłącznie ubioru, który u Sinti nie musi zupełnie odbiegać od stroju przedstawicieli społeczeństwa głownonurtowego. Przy całym rygoryzmie przywiązania kulturowym i silnym przywiązaniu do tradycji, dotyczy to całego stylu życia i sposobu traktowania rzeczywistości. Dlatego Sinti wydają się być bardziej cywilizowani (to straszne słowo) i sprawiają wspólnej Europie o wiele mniejsze problemy niż wciąż nieokiełznani Romowie.
Ech gdyby wszyscy Cyganie (Romowie) byli tacy jak Sinti… No może jednak nie. Bo to tak jakby powiedzieć, że ze względu na porządek dobrze by było gdyby cała Europa była zorganizowana na sposób niemiecki. No cóż. Byłoby nudno.
Romskie wakacje?
Środek lata, upały, w mediach niemalże sezon ogórkowy, Sejm odpoczywa. Wakacyjne rozleniwienie obejmuje niemalże wszystkie dziedziny życia. Co jednak w takim czasie dzieje się z romskimi sprawami? Czy one także wzięły urlop? Po części tak. Ale bywa, że jest to urlop przymusowy.
Znaczna część głównonurtowej populacji Europy – w ramach wolnego czasu od intensywnej aktywności zawodowej (lub edukacyjnej) budującej spójność społeczno-gospodarczo-terytorialną – stała się nagle nomadami. Specyficzna forma migracji krótkoterminowych nazwana wyjazdami w celach turystycznych opanowała Europę. Nikt nie ma nic przeciwko temu. W końcu wszystko dzieje się w ramach budowania ekonomicznych zasobów państwa. Turyści są zauważalni i wyróżnialni, nie zawsze grzeczni i niehałaśliwi, ale akceptujemy to. W końcu przyjeżdżając nie będą obciążać naszego systemu socjalnego i na pewno zostawią w naszym kraju znaczne zasoby finansowe.
W dalszym ciągu jedną z atrakcji turystycznych na Słowacji pozostają wycieczki (w formie wolniejszego przejazdu autokarem wzdłuż osiedla) w okolicach rómskych osade. Taki lokalny folklor. Przerażający jest poziom bezmyślnej dyskryminacji organizatorów i samych uczestników tych wycieczek.
Okres wakacyjny, to także czas większej aktywności osób żebrzących. Nie dotyczy to wyłącznie Romów, ci jednak są o wiele bardziej charakterystyczni i dostrzegalni. W większości przypadków nie są to miejscowi. Przyjeżdżają specjalnie do miejscowości, w których mogą liczyć na większą ilość turystów. Dbając o komfort tych ostatnich (i zysk miasta) nawet Straż Miejska aktywizuje się i zaczyna działać.
A może coś pozytywnego? Tak. Dwa międzynarodowe festiwale muzyki romskiej. Zatem na początku sierpnia najsłynniejszy Międzynarodowy Festiwal Piosenki i Kultury Romów w Ciechocinek. To już XVIII. spotkanie. W ciągu ostatnich lat dzięki Don Vasylowi i TVP z pewnością przyczynił się on do wypromowania rozpoznawalności (bo absolutnie nie używania) określenia Romowie. Poza tym – pokazuje to co w kulturze romskiej najbardziej widowiskowe (choć trudno uznać, że najbardziej wartościowe), ale cóż – to wydarzenie ma charakter medialny. Drugi festiwal to organizowany w lipcu gorzowski Romane Dyvesa – mniej znany (choć już XXVI.), wydaje się że nieco poważniejszy. Choćby przez mniejsze zaangażowanie mediów publicznych i bardziej kameralny charakter. Także i zestaw uczestniczących zespołów jest nieco inny.
A może jednak jeszcze coś negatywnego? Brak w tym roku Międzynarodowego Taboru Pamięci Romów organizowanego przez Muzeum w Tarnowie. XV. Tabor nie doszedł do skutku z prostej przyczyny – corocznie był dofinansowywany z rządowego programu na rzecz społeczności romskiej. A w tym roku program po prostu nie istnieje, pozostając wciąż w fazie projektu. W tym przypadku to jednak wierzchołek góry lodowej. Wiele ważniejszych działań niż (co prawda wspaniały, ale jednak jedynie promujący kulturę romską i jej różnorodność) Tabor także nie otrzymało finansowania (stypendia dla uzdolnionych uczniów, świetlice, działania edukacyjne, czasopisma, NGOsy).
Choć wakacje zdominowały myśli Europejczyków, to wiele negatywnych rzeczy dzieje się dalej automatycznie. Choćby w Bułgarii w Starej Zagorze, gdzie zrównywane z ziemią są miejsca zamieszkania Romów, czy we Francji, która nie porzuciła (po słynnych masowych deportacjach rumuńskich i bałkańskich Romów) metody dużej skali, masowo eksmitując Romów.

I tak już całkiem na koniec taki pozytywny drobiazg środka lata. Takie romskie wakacje. Warto posłuchać.
Cyganie czy Romowie?
Oczywiście, że Romowie. Bo przecież jak ktoś mówi Cyganie to na pewno chce obrazić. Bo przecież „Cyganie” niesie ze sobą tak dużo złych skojarzeń i nasza poprawność polityczna nie pozwala źle mówić o Romach.
No i tyle z poprawności politycznej, która jak zawsze niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Ale jak to jest z tą nazwą?
Unia Europejska na przykład przyjęła sobie, że każdy, ale to bezwzględnie każdy, kto prowadzi określony tryb życia i kto wyłącza się z konkretnych jej gospodarczych działań jest Romem. Podstawowy klucz – odróżnienia etnicznego znika. To bardzo kreatywne, bo dzięki temu Romami są także choćby angielscy travellers. Także dzięki temu nikt nie powie Unii Europejskiej, że ma problem na tle etnicznym z blisko (prawdopodobnie) 10 milionami obywateli. To przecież jedynie kwestia wyłączenia ekonomicznego.
Sama nazwa Rom oznacza w języku rromani (pozostawmy teraz rozważania ile bardzo różnych podgrup tego języka wykształciło się w Europie) mężczyznę/człowieka. Pamiętajmy także, że człowieczeństwo tradycyjnie jest przypisywane wyłącznie przypisywane członkom własnej wspólnoty etnicznej.
Jednak nie każda grupa etnicznych Cyganów zgadza się na nazywanie ich Romami, pomimo że w 1971 roku podczas I Światowego Kongresu Cyganów w Orpington (obecnie nazywanego Kongresem Romów) przyjęto zalecenie dotyczące stosowania nazwy Romowie.
Zgodnie z wewnętrznym zróżnicowaniem etnicznym nazwa ta może być przynależna wyłącznie Cyganom zamieszkującym Europę Środkową i Wschodnią (a tak naprawdę to chyba wyłącznie Kelderaszom, Lowarom, Czurara). Pozostałe grupy preferują swoje nazwy własne. Zatem Kale, Manusze, Sinti i wiele innych. A wszyscy są po prostu Cyganami. Niestety rozciągnięcie nazwy jednej z podgrup na cała społeczność zawsze będzie stwarzało problemy.
A co ma powiedzieć biedna Rumunia? Już i tak połowa (co najmniej) Polaków myśli że to kraj skąd pochodzą wszyscy Romowie. Kto dostrzeże drobną różnicę pomiędzy "Romania" i "Romani"? Nic dziwnego zatem że w Rumuni chciano w 2010 roku zakazać używania nazwy Romowie.
A gdyby tak chcieć wyszukać cokolwiek po angielsku w internecie o Romach. Wystarczy wpisać przecież Roma…
Jednak poprawność polityczna i odczarowywanie rzeczywistości dyskursu publicznego nie traci na aktualności.
Zatem dwie grupy nazw przyjęte tradycyjnie w Europie: od bizantyjskich Greków – atsinganoi (Cyganie, Tsiganes (fr.)) i od średniowiecznej legendy wspomagającej przetrwanie Cyganów jako wygnańców/pielgrzymów z Małego Egiptu (Gitano (hiszp.), Gitan (fr.), Gitani (wł.), Gypsy (ang.)), należy porzucić.
To wszystko mają być wyłącznie Romowie. Nawet jeśli nimi nie są albo nazwy tej dla siebie nie akceptują.
Niestety znowu Wrocław
Tym razem dzięki „Gazecie Wrocławskiej” i ogólnemu tonowi artykułów publikowanych w niej w związku z Romami. Warto przy tym sięgnąć do tekstu opublikowanego na portalu naTemat, który szeroko opisuje szerzej tę kwestię oraz do artykułu z "Gazety Wyborczej".
Z pewnością „Gazeta Wrocławska” jako największy dziennik Dolnego Śląska chce dbać o dobro mieszkańców tego regionu, troszczy się jednocześnie o swoją popularność (czytelność) i stara się poruszać kwestie aktualne. Jednak pytanie postawione w tytule artykułu z portalu naTemat: Histeria czy prawdziwy problem? wydaje się jak najbardziej zasadne.
Przede wszystkim dwie szybkie odpowiedzi : TAK – histeria, TAK – prawdziwy problem.
Dlaczego zatem histeria?
W każdym większym mieście Polski (a chciałoby się powiedzieć, że i Europy) w miejscach, w których pojawiają się turyści, swoją niszę znajdują także żebrzący. I nie ma chyba większego znaczenia, czy będzie to uprzejmy pan pytający 10 razy, czy może się o coś zapytać, czy będzie to Romni z dzieckiem. I czy ważne jest, że ma ona karnację nieco ciemniejszą niż średnia polskiego społeczeństwa? W końcu uprzejmy ale namolny pan najczęściej ma twarz w kolorze który możemy ulokować gdzie pomiędzy bordo a czerwonym. A poziom nachalności zaczepiania gości restauracyjnych przez Romów? Warto chyba przypomnieć kwestię nieromskich żebrzących z Lublina. Przy tym wrocławski problem wydaje się być błahy. A akurat o komfort gości powinni zadbać restauratorzy. Bo pomyślmy – do kogo możemy mieć tak naprawdę pretensję gdy znajdziemy się w opisywanej sytuacji? Do żebrzącego, czy do obsługi restauracji, która nie reaguje?
Jednocześnie ani zdjęcia, ani filmy, do których odsyła portal „Gazety Wrocławskiej” nie potwierdzają skali opisywanego zjawiska. Zapewne największą grozę miał wzbudzać fragment (1:01) pokazujące dwie romskie dziewczynki. Dobrze, że choć część internautów zachowała zdrowy rozsądek: wzięła balonika? holocaust!!! Ja biały polak jak byłem mały to też bym zapierdolił balonik.

Jednak inne komentarze pokazują, że histerii łatwo się poddać, a oceniać autorytarnie to naprawdę lubimy.
Dlaczego zatem problem?
Bo po prostu jest to problem. Realny problem dla miasta, dla mieszkańców, dla restauratorów i z całkiem już osobistego i chyba najpowszechniejszego puntu widzenia – dla gości restauracji i zaczepianych przechodniów. Jest to także problem dla spójności społecznej i osiągania wysokiego i zrównoważonego poziomu życia w kraju (ale to nieco inna sprawa i dotyczy nie tylko Romów i to na obszarze całej Europy).
Znalezienie środków na utrzymanie jest jednak także problemem dla Romów.
Przynajmniej część z nich chce pracować. Trudno jednak będzie całkowicie wykorzeniać ich związane z żebractwem nawyki (osadzone we wspólnych historycznych doświadczeniach społeczności romskiej) i wyedukować. Jeśli nie chcemy (bo chyba nie chcemy?) aby była to przymusowa asymilacja wymuszająca porzucenie romskości, trzeba to zrobić ostrożnie, niestety powoli i niestety kosztownie.
Jeden z mieszkańców Wrocławia powiedział: Uważam, problem Cyganów powinno się jakoś rozwiązać i to szybko, zanim do Wrocławia przyjadą turyści. Wtedy będzie obciach - dodaje.
Akurat jeśli chodzi o obciach, to nawet bez Romów w centrum Wrocławia (jak w mało którym polskim mieście wojewódzkim) jest tylu miejscowych żebrzących (choć prawdziwiej byłoby ich nazwać wymuszającymi), że z zagwarantowaniem obciachu nie ma żadnego problemu.
Szkoda, że „Gazeta Wrocławska” stara się intensyfikować napięcie, w i tak trudnej sytuacji związanej z Romami we Wrocławiu.
Może efektywniejsze dla rozwiązania problemów miasta, mieszkańców i turystów byłoby zapytanie jakie są praktyczne skutki pierwszego spotkania Zespołu Doradczego powołanego przez Wojewodę Dolnośląskiego miesiąc temu.
Wydaje się, że dobrze opisuje je tytuł jednego z artykułów jaki pojawił się na ten temat w internecie: Urzędnicy myślą, co zrobić z Romami.
Wielokulturowość
Dominującym i promowanym od lat 80. w Unii Europejskiej modelem rozwiązania kwestii odmienności kulturowej części jej społeczeństwa był model wielokulturowości.
Był on bardzo przyjazny w swych założeniach wszelkim grupom odmiennym od większości mieszkańców Unii Europejskiej. Bez wdawania się w analizę którejkolwiek z definicji można stwierdzić, że pozwalał im na przebywanie na jej obszarze, przy pełnym zachowaniu wewnętrznych i zewnętrznych cech kulturowych mniejszości.
W ten sposób przekazywany był następujący komunikat: przyjedź do naszego kraju i żyj tak jak u siebie, wykorzystując wysoki standard życia państwa w którym jesteś.
Dla wielu była to pokusa nie do odrzucenia. Jednym ze skutków takiego podejście było tworzenie zamkniętych etnicznych enklaw i izolacji wielu mieszkańców Unii Europejskiej od życia społeczeństwa głównonurtowego.
Już w 2011 roku podejście wielokulturowe zostało skrytykowane przez Jamesa Camerona i Angelę Merkel. W powiązaniu z teoretyczną refleksją jaka pojawił się w związku z tym zagadnieniem obwieszczono w praktyce koniec multi-kulti.
Tak jak wprowadzane są ograniczenia związane z zabezpieczeniem systemu socjalnego (w konsekwencji i finansowego) państw członkowskich UE, ograniczające przybywanie migrantów do UE (a także i ograniczenia mobilności wewnętrznej - jak w przypadku Romów), tak słusznym wydaje się wprowadzenie analogicznych ograniczeń wobec migracji międzykulturowej. Dotyczyłyby one migrantów, których przybywanie do UE niosłoby ze sobą niebezpieczeństwo upowszechniania wzorców kulturowych i zachowań, sprzecznych z cywilizacyjnym paradygmatem Europy i podstawą funkcjonowanie UE oraz groziłoby wykorzystania systemu UE do celów zbieżnych z kręgiem cywilizacyjnym z którego pochodzą a zupełnie nieodpowiadającego modelowi kultury europejskiej.
Byłoby to oczywiście rozwiązanie bardzo radykalne, które łatwo byłoby oskarżać o sprzyjanie koncepcji Festung Europa, jednak znalazłoby ono powszechną akceptację społeczną i pozwalałoby na łatwiejsze rozwiązanie problemów wynikających z licznej obecności ekspansywnych i odmiennych mniejszości.
Jakie jednak zasady postępowania należy przyjąć w stosunku do przedstawicieli mniejszości zamieszkujących już państwa UE, którzy funkcjonują w środowisku, które nie wymusza ani dostosowania, ani asymilacji czy choćby integracji?
System UE wypracował już odpowiednie podejście pod postacią strategii ukierunkowanej na integrację Romów. Nie akceptuje ono pozostawanie na marginesie życia społecznego, wiążę się z włączeniem społecznym i udziałem w życiu większości.
Być może należałoby ją rozszerzyć także i na inne grupy. Bo jeśli stworzono tego typu rygorystyczną kulturowo strategię UE wobec Romów - przebywających w Europie od 700 lat - tym bardziej część jej zasad włączeniowych powinna być stosowana wobec grup, które usiłują przenosić własne wzorce kulturowe na obszar państw członkowskich Unii Europejskiej.
Podejście takie może wydawać się skrajnie rygorystyczne, jednak jeśli z założenia (i z intencji Komisji Europejskiej) sprawdza się ono wobec Romów, ma także szansę - na poziomie osiągnięcia rezultatów - sprawdzić się także wobec innych (tym razem migracyjnych) mniejszości.
Rumuńscy Romowie we Wrocławiu
O tym, że we Wrocławiu na nielegalnym koczowisku przebywa grupa rumuńskich Romów, która sprawia władzom miasta i mieszkańcom różnorodne problemy związane z ich sposobem życia, ma szansę wiedzieć każdy odbiorca przekazu medialnego w Polsce.
Jednak pełna i prawdziwa wiedza na temat wrocławskiej sytuacji Romów pozostaje poza zainteresowaniem ogółu społeczeństwa. Tymczasem jest ona o wiele bardziej skomplikowana niż można dostrzec, nawet będąc mieszkańcem Wrocławia, czy nawet starając się śledzić doniesienia medialne.
Stosując pewne uproszczenia, a jednocześnie starając się skrótowo opisać sytuację należy wskazać, że:
- rumuńscy Romowie z Wrocławia są grupą niejednolitą pozbawioną jednego reprezentatywnego przywódcy;
- wszyscy mają statut obywateli Rumunii pomimo tego, że część z nich urodziła się w Polsce;
- nie znają w pełni języka polskiego na poziomie pozwalającym na radzenie sobie we wszystkich sytuacjach życiowych;
- żyją zgodnie ze swoją tradycją i kulturą;
- nie rozumieją polskiego systemu administracyjnego i obawiają się, że mogą zostać przezeń oszukani lub wykorzystani.
Szczegółowa historia prób zajęcia się tą grupą i pomocą im jest skomplikowana. Omawiając ją należy brać pod uwagę aktywność Stowarzyszenia Nomada (raport o aktywności), które jako jedyny przedstawiciel społeczeństwa głównonurtowego przez kilka lat starało się poznać tę grupę, zrozumieć kulturową specyfikę tej grupy, realnie pomóc w codzienności, nie ingerując w uwarunkowane tożsamością zachowania.
Nie można także nie wspomnieć o innych organizacjach, które w mniejszym czy większym stopniu starały się zrobić cokolwiek w sprawie tej grupy romskiej. Jednak popełniały one bolesny – dla beneficjentów tej pomocy – błąd internalizacji, wyłączając ze swoich działań próbę zrozumienia specyfiki romskiej kultury i uwarunkowań które decydują o ścisłym powiązaniu niektórych składników ich życia z tak ważną dla Romów samoidentyfikacją i tożsamością.
Koniecznie także trzeba także wspomnieć o zachowaniu władz miasta, które niepiśmiennym i ledwie rozumiejącym język polski Romom wytoczyły proces związany z ich zajmowaniem przez nich terenu na koczowisko.
W marcu 2014 roku Stowarzyszenie Nomada przedstawiło władzom Wrocławia i Województwa dolnośląskiego propozycję (współopracowaną przez autora tego bloga) powołanie zespołu roboczego mającego na celu naprawę sytuacji rumuńskich Romów (1 2 3)
Ostatecznie – w całkowitym oderwaniu od koncepcji zespołu roboczego i jego składu – 10 czerwca 2014 Wojewoda Dolnośląski Tomasz Smolarz powołał Zespół Doradczy, który ma się zająć sytuacją Romów rumuńskich mieszkających we Wrocławiu.
O ile pierwotna propozycja uwzględniała udział członków organizacji romskich, romologów, osoby z organizacji pozarządowych, aktywistów społeczności Romów polskich, oraz urzędników władz lokalnych i centralnych, to w skład powołanego zespołu wchodzą wyłącznie przedstawiciele instytucji publicznych (włączając w to reprezentację władz kościelnych, jedną osobę ze świata nauki oraz eksperta z Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce).
Sukcesem jest, że zespół powstał. Problemem jest, że jej skład jest tak silnie urzędniczy i tak jednostronnie reprezentuje wyłącznie struktury publiczne.
Ostatecznie perspektywa jest taka, że z pewnością w końcu zostaną podjęte zdecydowane działania.
Jednak bez udziału w zespole osób rozumiejących lub starających się zrozumieć kulturową specyfikę Romów, można spodziewać się nacisku na asymilację i porzucenie romskości.
Tego robić nie będę!
Aby być żyć zgodnie z własnymi zasadami Romowie nie wykonują niektórych zawodów.
Niejednokrotnie można przeczytać o romskich listach zawodów zakazanych. Pomimo jednak tego, że w praktyce tego typu listy funkcjonują, zgodnie z antropologicznymi podstawami zaczerpniętymi ze strukturalnego podejścia Claude Lévi-Straussa, należy wskazać konkretne ich źródło.
W europejskim (i polskim) społeczeństwie wciąż funkcjonuje niesprawiedliwy stereotyp Roma pozbawiony zasad i zarabiającego na życie kradzieżą i oszustwem. Tymczasem każdy przedstawiciel tej grupy, chcący zachować szacunek jej członków, bardzo rygorystycznie stara się przestrzegać wielu zasad świadczących o jego romskości (Romanipen) ujętych w niepisanym kodeksie Mageripen.
Nie pozostają one co prawda niezmienne, jednak jest to zmiana ewolucyjna i jest ściśle związana z rzeczywistością. Przykładowo jakie bowiem ma obecnie praktyczne znaczenie zakaz ostrzenia noża o próg domu?
Niezmienne jednak pozostają zasady honoru i czystości. Co prawda żaden Rom nie będzie powoływał się na to konkretne określenie i będzie mówił raczej o zachowaniu godnym, które pozwoli mu zachować wewnątrzgrupowy szacunek i co za tym idzie – będzie mógł być nazywany Romem i przynależeć do wspólnoty.
W zakresie aktywności zawodowej honorem zatem będzie wykonywać niektóre zawody – uznawane za tradycyjne, przypisane przez setki lat przedstawicielom społeczności romskiej. Należą do nich niedźwiedźnik, muzyk, kołodziej, kowal oraz inne - ściśle związane z tradycyjnym trybem życia Romów. Trudno jednak w połowie drugiego dziesięciolecia XXI wieku wykonywać je w Europie. Romowie zatem starają się podejmować inne prace.
Wybór innych zawodów będzie jednak ograniczony do tych form aktywności zawodowej, które nie będą wymuszały działań niezgodne z zasadami. Romowie będą dbali aby zachować czystość fizyczną (wyraźny podział świata romskiego na to co wewnętrzne i zewnętrze i na to co dolne i górne wskazują jednocześnie na to co czyste i nieczyste) oraz wierności wobec romskiej wspólnoty. Rom chcący utrzymać szacunek swojej grupy nie będzie mógł zatem wykonywać zawodu lekarza, salowego, hydraulika czy sprzątacza. Ze względu na zasady związane z wiernością grupie ograniczą także jego aktywność w jakiejkolwiek sferze w której jego czyny mogłyby zmusić go na płaszczyźnie zawodowej do czynienia szkody innym Romom. Dlatego niedostępne są dla nich zawody prawnika, policjanta czy choćby tłumacza przysięgłego.
Warto zwrócić tu uwagę na wyraźną uczciwość zawodową i stosunek do pracy. Kuszące byłoby przecież być policjantem, czy prawnikiem i pomagać Romom łamiąc tym samym prawo. Tego jednak Romowie nie czynią, wskazując na zawody, których prawdziwy Rom po prostu nie będzie wykonywał.